Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 lutego 2014

Aleksandra Marinina - Cudza maska



Autor: Aleksandra Marinina
Tytuł: Cudza maska
Tłumaczenie: Aleksandra Stronka
Oprawa: miękka
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2013









             Kolejne powieści o major Anastazji Kamieńskiej biorę w ciemno, a „Cudzą maskę” przeczytałam dopiero pół roku po wydaniu tylko dlatego, że czas oczekiwania na nią umilałam sobie lekturą oryginału. Wydawnictwu W.A.B. jestem za Marininą dozgonnie wdzięczna, choć jak zwykle drżę z obawy, jak tłumaczka poradziła sobie ze specyficznym, stale ewoluującym stylem królowej kryminału.
            Okładka jest… dziwna. Spogląda z niej ni to potwór, ni to tytułowa maska, ni to jakiś człowiek, z kości policzkowych podobny do Władimira Putina. Ni przypiął, ni przyłatał. Ale to marudzenie skromnej recenzentki, bowiem obecna oprawa graficzna jest jakieś sto razy lepsza niż psychodeliczne rysunki znane z okładek poprzednich książek. „Cudza maska” wygląda jak kryminał i pachnie kryminałem. Brawa dla grafika!
            Fabuła zaczyna się niepozornie. Leonid Paraskiewicz, autor kultowych romansów, zostaje znaleziony martwy na klatce własnego domu. Despotyczna matka Paraskiewicza oskarża jego żonę, Swietłanę, Swietłana rzuca podejrzenia na inne kobiety w życiu męża, a zwłaszcza na niezrównoważoną psychicznie Ludmiłę Isiczenko. W trakcie śledztwa wychodzi na jaw zaskakujący fakt: prawdziwą autorką powieści Paraskiewicza była Swietłana, która po śmierci męża postanawia wynegocjować lepsze honoraria i wstępuje na wojenną ścieżkę z wydawcami spod ciemnej gwiazdy. W swej krucjacie ma tajemniczego sojusznika…
            Równolegle ze śledztwem w sprawie Paraskiewicza obserwujemy rozwój dwóch pozostałych wątków stanowiących oś powieści. Jewgienij Dosiukow, szanowany biznesmen, zostaje oskarżony o morderstwo. Świadkowie widzieli właśnie jego, ofiara, zanim pożegnała się z tym światem, wskazała go jako sprawcę. Nawet żona Dosiukowa, Natalia, nie ma wątpliwości, że to jej mąż odpowiada za zbrodnię. I tylko sam oskarżony z uporem maniaka twierdzi, że nie zabił, i wydaje astronomiczne kwoty na prawników, detektywów i obrońców praw człowieka, którzy mają dowieść jego niewinności.
            W Moskwie tymczasem polityk Siergiej Bieriozin szykuje się do wyborczej walki. Towarzyszy mu Irina – na pozór jego żona. Niewiele osób wie, że tak naprawdę Irina Bieriozina, która przysporzyła mężowi tylu zmartwień i Irina Bieriozina, która na nowo uczy się życia po poważnym wypadku, to nie ta sama osoba…
W tej części spotykamy nie tylko Nastię Kamieńską, ale też znanego z „Czarnej listy” Władisława Stasowa* wraz z córeczką Lilą. Drogi milicjantki i prywatnego detektywa przecinają się, gdy ona rozpracowuje morderstwo pisarza, on zaś na zlecenie obrońcy praw człowieka szuka dowodów niewinności Dosiukowa. I Nastia, i Wład początkowo błądzą niczym dzieci we mgle, popełniają błąd za błędem, a jeden z błędów pani major ma tragiczne konsekwencje – w jej gabinecie umiera prawdopodobny morderca Paraskiewicza. Promyk nadziei pojawia się dopiero, gdy Władisław zauważa detal, który może nie mieć żadnego znaczenia, a może obalić wszystkie zarzuty wobec Dosiukowa.
Najmocniejszą stroną „Cudzej maski” jest z pewnością starannie rozplanowana intryga. Trzy wątki, początkowo prowadzone równolegle, zbiegają się pod koniec powieści, tworząc logiczną i jak najbardziej wiarygodną całość. Nie wiem, czy to, co zaproponowała Marinina, byłoby możliwe w praktyce – ale wiem, że ja jej wierzę. Królowa kryminału dokładnie wyjaśnia motywację bohaterów, precyzyjnie rozkłada akcenty i detale, mistrzowsko myli tropy i wyprowadza czytelnika w pole. „Cudza maska” ukazuje cały kunszt autorki w misternym snuciu intrygi.
Zachwycają również główni aktorzy sztuki, której scenariusz napisało przed laty samo życie i ludzka chciwość. Mamy do czynienia z pięknym przekrojem społeczeństwa, a w galerii typów znajdziemy zahukanego artystę i zdeterminowanego do walki o swoje biznesmena, byłą prostytutkę marzącą o prawdziwym domu i despotyczną mamuśkę, która nie zobaczyłaby własnych błędów, nawet gdyby zatańczyły przed nią kankana na stole. Psychologii postaci nie da się nic zarzucić.
Co rozczarowuje, to – podobnie jak w „Za wszystko trzeba płacić” – za mało Kamieńskiej w Kamieńskiej. O Nasti dowiadujemy się tyle, że głoduje, bo Alosza znowu siedzi w Żukowskim, że wciąż spaceruje z Iwanem Zatocznym i że głęboko przeżywa śmierć podejrzanego. Brakuje mi tej Nasti, która w co drugim rozdziale narzekała na kręgosłup, która dorabiała tłumaczeniami i fundowała sobie codzienną gimnastykę umysłową. Tę znaną z poprzednich części Nastię przytłoczyli jednorazowi bohaterowie intrygi. To samo dotyczy Stasowa, który tak mocno odcisnął piętno charakteru na fabule „Czarnej listy”. Przypomnienie, że Lila uwielbia wędzoną kiełbaskę to za mało, by czytelnik poczuł, że wrócili starzy znajomi.
O stylu mogę powiedzieć, że jest bez zarzutu. Płynny, lekki, z humorystycznymi akcentami i bez potknięć. Marinina postawiła na intrygę, więc próżno w „Cudzej masce” szukać stylistycznych fajerwerków, autorka wraca raczej do sprawdzonych rozwiązań i przeplatania wątków bez odwoływania się do wspomnień, pamiętników czy listów. Ponieważ przyszło mi tę powieść czytać w dwóch wersjach językowych, mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że o ile Marinina trzyma poziom, o tyle tłumaczka, Aleksandra Stronka, zanotowała duży progres. Jej tłumaczenie stało się płynne, można w nim ujrzeć i styl samej autorki, i wyraźne ślady zostawione przez tłumaczkę, przy czym śladami nie są nieporadne kalki językowe lub niepolski rytm zdania, ale w pełni świadome ekwiwalenty przekładowe. Czyta się naprawdę świetnie i po tej powieści nie mam do Stronki już żadnych zastrzeżeń.
Kto nie sięgał jeszcze po Marininą, niech to czym prędzej nadrabia! Warto – dla znakomicie poprowadzonych wątków, pasjonującej zagadki i brudnej rosyjskiej rzeczywistości połowy lat dziewięćdziesiątych. Warto, by wyrobić sobie własną opinię.

Ocena: 8/10

*Mylnie na tyle okładki nazwanego Władimirem. Potknięcie sporego kalibru, ale za radykalną zmianę oprawy graficznej serii mogę przymknąć na nie oko.
 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Ocalam od zapomnienia: Melchior Medard - Carska roszada



Autor: Melchior Medard
Tytuł: Carska roszada
liczba stron: 392
oprawa: miękka
Rok wydania: 2012
Wydawnictwo: Instytut Wydawniczy Erica










            Kryminał retro stał się od niedawna niezwykle popularnym gatunkiem. Realia dziewiętnastego wieku szczególnie sprzyjają rozwojowi intryg, popełnianiu zbrodni, a jednocześnie wykrywaniu ich przy powolnym wdrażaniu „nowych” technologii (w tym daktyloskopii). A jednak – dziewiętnastowieczne Carskie Imperium to wciąż dla nierosyjskich autorów egzotyczna okolica. Jak odnalazł się w niej Melchior Medard?
            Akcja powieści toczy się w Warszawie końca dziewiętnastego wieku. Rusyfikacja postępuje po krwawym stłumieniu powstania styczniowego, a mimo to z emigracji powracają już niektóre tęgie umysły – w tym i panna Zofia Maciejewska, doktor medycyny. W stolicy Nadwiślańskiego Kraju los styka ją z urzędnikiem do zadań specjalnych, przybyłym z Moskwy Estarem Pawłowiczem Van Houtenem. Tajny radca przybył, by zbadać tajemnicę morderstw popełnianych na młodych kobietach. Wygląda na to, że w Warszawie grasuje lokalna odmiana Kuby Rozpruwacza i malowniczo okalecza swoje ofiary. Szybko jednak okazuje się, że szereg morderstw to przykrywka dla intrygi sięgającej – pozwolę sobie na cytat z tylnej strony okładki – „szczytów władzy i europejskich dworów monarszych”. Zboczeńcy, szaleńcy, kobiety, zdrajcy… Przed czytelnikiem toczy się w szaleńczym tempie kalejdoskop wydarzeń.
            Tyle o fabule, bowiem i na przestrzeni blisko czterystu stron jest jej niewiele więcej. Uwaga autora skupia się w pierwszej kolejności na realistycznym, szczegółowym odmalowaniu portretu miasta – Warszawy drugiej połowy dziewiętnastego wieku. Wraz z Estarem Pawłowiczem krążymy uliczkami, widzimy dzielnice reprezentacyjne i mniej, poznajemy rozmaite typy ludzkie w tejże Warszawie siedzące. Uroku temu pejzażowi dodaje fakt, iż Warszawę poznajemy w przeddzień Bożego Narodzenia.  Z pewnością barwny, wyrazisty styl i niezwykle plastyczne, rozległe opisy są wraz z mottami pod każdym z rozdziałów najmocniejszym punktem powieści.
            I nie, w tym wypadku to nie jest komplement.
            Fabuła to, krótko mówiąc, strzęp. Marny strzęp, w którym bohaterowie kręcą się w miejscu i nawet romans wydaje się po prostu niewiarygodny. Postacie pojawiają się i znikają, niby są ważne, niby coś robią, ale i tak do niczego to nie prowadzi. Szumnie zapowiadana międzynarodowa intryga, dla której sięgnęłam po „Carską roszadę”, pojawia się w skandalicznie skróconej formie na ostatnich stronach, jakby autor nagle sobie przypomniał, że pisze powieść kryminalno-szpiegowską, a nie przewodnik po Warszawie lat minionych. „Romans” Estara Pawłowicza z Zofią jest śmieszny i żałosny – ot, parę wymienionych słów, jeden prezencik, a potem rozpacz po śmierci Zofii, która to rozpacz też jest średnio i mało psychologicznie odmalowana. Wera, która niezmiernie mnie zaintrygowała – zwłaszcza przez swoją relację z Zofią – okazuje się potrzebna tylko po to, żeby były „momenty”, a dokładniej: jeden moment. Scena homoerotyczna. Zero prawdopodobieństwa psychologicznego. A już „przemiana” Estara Pawłowicza to śmiech na sali. „Wydarzenia ostatnich lat wyleczyły go z patriotyzmu”, pisze Medard w epilogu, a ja pytam, gdzie ten patriotyzm był? Chyba tylko umowny, symboliczny. Ale czego się spodziewać w dziele z tak powierzchowną charakterystyką postaci?
            I najważniejsze: „Carska roszada” nie jest dziełem oryginalnym. Nie jest też dziełem, jak chcieliby niektórzy, postmodernistycznym, bowiem w takim wypadku pod postmodernizm można by podciągnąć i plagiaty, i prace naukowe będące kompilacją tekstów źródłowych. Przeczytałam kilka recenzji tej powieści i uderzyło mnie, że w żadnej z nich nie wspomina się o rzeczy oczywistej, czyli pokrewieństwie Estara Pawłowicza Van Houtena z Erastem Pietrowiczem Fandorinem – słynnym detektywem-jąkałą stworzonym przez Borysa Akunina. Podobnie brzmiące personalia, to samo miasto pochodzenia, to samo przeznaczenie (Ameryka), zainteresowanie Dalekim Wschodem, ten sam nefrytowy różaniec i nawet ten sam los ukochanej kobiety (chociaż los Lizy – żony Fandorina – Akunin przynajmniej potrafił wiarygodnie opisać). Ba, po głębszym zastanowieniu rzuciło mi się w oczy również pokrewieństwo tytułów, na które wcześniej nie zwróciłam najmniejszej uwagi – „Carska roszada” kojarzy się nieodrodnie z „Gambitem tureckim” (tu szachy i tu szachy). Również sposób popełniania morderstw i skojarzenie z Kubą Rozpruwaczem zostało „pożyczone” od Akunina, a konkretnie: z powieści „Dekorator”. Zresztą, Medard się tego pokrewieństwa nie wypiera, potwierdza je, wprowadzając do „Carskiej roszady” postać Gruzina, Grigorija Czchartaszwilego (wypada tu powiedzieć, że Borys Akunin naprawdę nazywa się Grigorij Czchartiszwili). Bohater ten dał mi nadzieję, że „Carska roszada” okaże się inteligentnie intertekstualnym utworem, a mnie będzie bawić wyłapywanie kolejnych smaczków. Tak się niestety nie stało. Autor ewidentnie nie miał pomysłu na nawiązanie do wielkiej inspiracji, rzucił parę aluzyjek i chyba liczył, że krytyka zapieje z zachwytu: „O! Postmodernizm!”. Źle trafił. Aluzje – tak, ale aluzje, które mają głębszy sens. Gdyby na przykład Czchartaszwili okazał się twórcą, którego zainspirowały przygody Van Houtena – już byłby w tym sens i smak. Nawiązania bez pomysłu można porównać do przypraw, którymi niewprawny kucharz posypał mdłą w smaku potrawę (tu: powieść), licząc, że dzięki temu klienci restauracji nie zauważą fuszerki. Przykro mi: zauważyli.
            Powieści nie polecam, chyba, że ktoś lubi „artykuły geograficzne” tudzież nawet geohistoryczne. Poza stylem nie ma w niej absolutnie nic, co przykułoby moją uwagę: ani pełnokrwistej intrygi, ani wielowymiarowych postaci, ani prawdopodobieństwa psychologicznego. Jeżeli ktoś szuka dobrego kryminału retro, polecam mimo wszystko Borysa Akunina albo „pierwszego w biznesie” Leonida Józefowicza. A Melchior Medard niech skonstruuje własną, dobrą fabułę z własnymi postaciami, wtedy pewnie będzie czym się zachwycać. Na razie: szału nie ma. Nawet zapowiedzi szału.

Ocena: 3/10

piątek, 6 grudnia 2013

Anna Borisowa - Pory roku



Autor: Anna Borisowa / Boris Akunin
Tytuł: Pory roku
Tłumaczenie: Katarzyna Maria Janowska
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 445
Okładka: miękka
Rok wydania: 2013











Wydawnictwo Znak złamało mi serce. Jeżeli autor pisze pod pseudonimem, winno się go i pod pseudonimem tłumaczyć. Z jednej strony rozumiem decyzję wydawnictwa: w kraju, z którym z czytelnictwem jest słabo (osławione pół książki rocznie, a znam co najmniej osób, które wyrabiają normę za kilkuset Polaków), mało kto kupi powieści obyczajowej nieznanej rosyjskiej autorki. W ogóle mało kto kupi powieść obyczajową niepolską i nieamerykańską. Z drugiej strony – zdradzanie już na okładce, że Anna Borisowa to tak naprawdę Boris Akunin psuje zabawę czytelnikowi, który Akunina zna, a w Borisowej odnajdzie jego odpryski…
Okładka, nawiasem mówiąc, jest przepiękna. Bez tandetnych modelek i zdjęć ze stocków. Symboliczna, pastelowa absolutnie pasuje do literatury kobiecej i do na poły filozoficznej powieści o przemijaniu i uwięzieniu. Graficy spisali się jak rzadko kiedy. Sama kupiłabym tę powieść tylko dla przyjemności patrzenia na okładkę!
W „Porach roku” przeplatają się głosy dwóch kobiet żyjących w różnych czasach i różnych warunkach. Weronika Korobielszczykowa, młoda lekarka z głową pełną ideałów, zjawia się w tytułowym ośrodku spokojnej starości. Jest to swoisty pensjonat dla starszych Rosjan usytuowany w sercu Francji. To tu dożywają swych dni weterani i partyjni, komuniści i dysydenci, chorzy i zdrowi. Razem z Weroniką wędrujemy korytarzami „Pór roku”, poznając rezydentów, personel oraz Stasa – protektora Weroniki, biznesmena i uzdrowiciela domu spokojnej starości. Poznajemy też samą Weronikę, dziewczynę, która jak mało kto zna wartość życia i umie się cieszyć każdą chwilą. O nieuchronnym przemijaniu przypomina jej własna choroba, ale też obecność za ścianą pogrążonej w śpiączce Madame.
Madame to druga bohaterka powieści. Jej historię poznajemy bezpośrednio od niej. Nie może spisać swojej autobiografii ani nikomu jej opowiedzieć. Chociaż personel „Pór roku” sądzi, że nastąpiła u niej śmierć mózgu, Madame jest świadoma. Nie widzi, nie może się poruszać ani mówić. Jednak słyszy, czuje i myśli. Traktowana przez otoczenie jak niechciany mebel, staje się mimowolnym świadkiem romansów i kłótni, rozstań i wielkich planów. Rozdarta między wspomnienie burzliwej przeszłości a nieznośną teraźniejszością, stara się uzyskać kontakt ze światem dzięki choremu na autyzm Emenowi. By zabić upływający w cielesnej niewoli czas, wspomina swoje życie: szaloną miłość do Dawida, rodzącą się w nastoletniej dziewczynce świadomość polityczną, nieprawdopodobne przygody w Mandżurii… Madame – tak naprawdę Aleksandryna – ma sto pięć lat, pamięta obie wojny, ale pamięta też coś jeszcze: nauki starego Chińczyka, które utrzymują ją przy życiu tak długo, jak długo widzi sens we własnym istnieniu.
W powieści splata się życie – głównie zawodowe, rzadziej uczuciowe – Weroniki i niesamowity scenariusz, w jaki układają się losy Aleksandryny. Te dwie kobiety łączy coś więcej niż obecność w „Porach roku”, choć same nie zdają sobie z tego sprawy. To, co minęło, subtelnie splata się z tym, co trwa i z tym, co może być, jeżeli tylko Aleksandrynie uda się skontaktować ze światem zewnętrznym i zdradzić tajemnicę, którą pielęgnowała przez ponad pół wieku.
Ta powieść to niewątpliwy triumf Akunina, który pokazuje, że potrafi pisać nie tylko kryminały. Na zewnątrz wypływa cała jego erudycja, fascynacja filozofią Wschodu i wiara w połączenie Wschodu z Zachodem w idealnej jedności. To jeden z niewielu współczesnych pisarzy, w którego twórczości widać własne poglądy filozoficzne w tradycyjnym ich rozumieniu. I prawdopodobnie jedyny pisarz tego typu, deklarujący się równocześnie jak autor literatury rozrywkowej. Właśnie filozofia, wiedza medyczna i wizja świata wiecznej młodości, świata będącego na wyciągnięcie ręki, urzeka w tej powieści najbardziej. A już połączenie tych „ciężkich” idei z linią fabularną rodem z westernu jest mistrzostwem wyższego stopnia.
Warstwa językowa nie pozostawia wiele do życzenia. Akunin mistrzowsko włada słowem i łączy współczesną, momentami slangową mowę partii dziejących się w dwudziestym pierwszym wieku z bogatym językiem opowieści Aleksandryny, w to wszystko wplatając terminy medyczne. Fachowe słownictwo nie przeszkadza – autor szybko je wyjaśnia i opisuje skomplikowane procesy zachodzące w organizmie tak jasno, jakby pisał podręcznik biologii dla uczniów podstawówki.
Mogłabym się dłużej rozpływać nad tą powieścią, ale jedna kwestia nie daje mi spokoju. Bohaterki są… nawet nie nijakie. Są przesadzone, i to obie. Weronika zachowuje się jak robot, żadnych uczuć, żadnego przywiązania – ot, założyła sobie, że będzie powściągać emocje dla zdrowia i tego się perfekcyjnie trzyma. Akunin znalazł dobry wybieg, żeby nie zagłębiać się w psychikę młodej lekarki, ale przez to uczynił jej postać niewiarygodną i niesympatyczną. Nie poczułam z nią żadnej więzi. Z Aleksandryną poszło mistrzowi jeszcze gorzej. Jako nastolatka jest nader bystra, ale to nie grzech, zdarzają się zbyt mądre dziewczynki. Gorzej, że potem, podczas okresu mandżurskiego, zamienia się w rozhisteryzowaną pannicę pozbawioną jakiejkolwiek zdolności logicznego myślenia. Biega, krzyczy, grozi pistoletem i sprawia wrażenie niespełna rozumu. Ja wiem, miłość zaślepia, ale nie uwierzę, że taka mądra dziewczynka jak Aleksandryna dała się miłości do tego stopnia zmanipulować. Jeżeli Akunin chciał pokazać proces przemiany bohaterki, nie wyszło mu – retrospekcje sprawiają, że poznajemy ją skokami, przez co nie widać, dlaczego się zmieniła, co sprawiło, że z wiekiem ubyło jej rozsądku. Niekonsekwentna kreacja Aleksandryny, choć może nie jest błędem kardynalnym, kładzie się cieniem na znakomity odbiór powieści.
Dlaczego Akunin, mistrz psychologii i twórca niesamowitego Erasta Fandorina, potknął się na postaciach w nowej powieści? Przychodzi mi do głowy jedno wyjaśnienie: za bardzo chciał udawać kobietę. Widać, że zniewolił go kobiecy pseudonim. Narracja nie jest narracją kobiecą, ale narracją mężczyzny, który stara się pisać jak kobieta. Gdyby odrzucił maskę i po prostu przyznał, że napisał coś, co nie jest kryminałem ani traktatem historyczno-politycznym, gdyby zrobił to już przed wydaniem, gdyby się w porę opamiętał – „Pory roku” byłyby powieścią absolutnie wybitną. Tak – są „zaledwie” powieścią znakomitą.
Jeszcze słowo o tłumaczeniu: Katarzyna Maria Janowska, zdaje się, Akunina wcześniej nie tłumaczyła. Jest więc debiutantką jeśli chodzi o zmagania z trudnym, naszpikowanym pułapkami stylistycznymi i frazeologicznymi językiem rosyjskiego Gruzina. Jak na debiut wypadła rewelacyjnie. Szczerze gratuluję i równie szczerze zazdroszczę talentu, wytrwałości i utrzymania poziomu przez całą długą powieść!
           
Ocena: 9/10
 

piątek, 8 listopada 2013

Aneta Jadowska - Zwycięzca bierze wszystko

Autor: Aneta Jadowska
Tytuł: Zwycięzca bierze wszystko
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 516
Okładka: miękka
Rok wydania: 2013


To już półmetek heksalogii o Dorze Wilk, nadnaturalnej policjantce, wiedźmie i jednym z największych kłopotów magicznej strony Torunia. Po walkach z niebezpiecznym magiem, po wyprawie do nadmorskiego Trójprzymierza i po pozbyciu się demonicy na usługach archanioła, tym razem przyszedł czas na zrobienie porządku w swoim wiedźmim życiu. Ale kto pomyślał, że będzie obyczajowo, ten w potężnym jest błędzie!
Zdecydowanie bardziej podobała mi się poprzednia koncepcja okładki. Widzę, że Fabryka Słów zmieniła pomysł na mniej rysunkowy, wydała pierwszy tom w nowej szacie graficznej, a kolejne konsekwentnie powielają schemat: rudowłosa dziewoja na tle, w którym przy dużej dozie dobrej woli można się dopatrzyć toruńskiej Starówki. Do mnie to nie przemawia, za dużo już na półkach w księgarniach książek z okładkami typu: ładna modelka na tle… I jeszcze to zdjęcie ze stocka. Rysunek był lepszy, ale teraz Fabryka zapewne pójdzie za ciosem i w przypadku pozostałych trzech tomów uraczy nas podobną szatą graficzną, więc pozostaje się przyzwyczajać. Nawiasem mówiąc, niebieskie tło nijak nie pasuje do koloru włosów modelki przedstawiającej Dorę Wilk.
Sytuacja wyjściowa w trzecim tomie heksalogii ma się następująco: Dora Wilk cudem umknęła spod topora (czy też raczej archanielskiego miecza), a że cuda to boska specjalność, dorobiła się efektu ubocznego – wraz z aniołem Joshuą i diabłem Mironem niechcący zawiązali triumwirat i wymieszali geny. Teraz Dora jest trochę czarownicą, trochę diablicą i trochę anielicą, a oprócz tego matką adopcyjną dwóch wampirów, przyjaciółką świeżo upieczonego szamana oraz wnuczką Królowej Wilków. Świat magiczny drży przed nią… albo raczej przed kolejnymi kłopotami, w które może wpakować cały system (a nawet dwa!). Na razie jednak Dora, Joshua i Miron przygotowują się do Bożego Narodzenia na wsi, z dala od miejskiego zgiełku, a przy okazji odkrywają świat dzieciństwa Dory. I – tak całkiem na marginesie – planują ucieczkę przed gniewem archanioła Rafaela.
Nie będę tu opisywać wszystkiego, co zdarzy się w trzecim tomie. Nie opiszę nawet połowy wydarzeń, bowiem Jadowska bombarduje nas nowymi zwrotami akcji praktycznie w każdym rozdziale. Zdradzę jedynie, że w „rodzinie” Dory pojawi się nowe pisklę – Nathaniel, brat jednocześnie Joshui i Mirona, odbity przez archanioły z podejrzanego politycznie ośrodka dla magicznych mieszańców. Główna bohaterka dowie się też więcej o życiu prywatnym Księcia Demonów, a także pozna asa wywiadu w systemie judeochrześcijańskim. Dorę czeka pojedynek z archaniołem Rafaelem, a jego wynik zdaje się znać jedynie Bóg, w którego policjantka wierzy równie mocno, co w swoją Boginię Wiedźmę.
O ile „Złodziej dusz” był po prostu przyjemną lekturą, a „Bogowie muszą być szaleni” rozkręcili się mniej więcej około dwusetnej strony, o tyle trzeci tom cyklu o Dorze Wilk wciąga w pierwszym rozdziale i trzyma w napięciu do ostatniego, sprawiając, że człowiek zapomina o tak prozaicznych rzeczach jak głód czy sen. Pięćset stron pochłania się jak krótkie opowiadanie i tylko jedna myśl pozostaje w głowie po lekturze: „przepraszam, kiedy wydacie czwarty tom?!”. Tak jak za fantastyką nie przepadam, a z polskiej fantastyki na dłuższą metę jestem w stanie zdzierżyć jedynie serię o Jakubie Wędrowyczu, tak świat wykreowany przez Anetę Jadowską zawładnął moimi myślami. Po pierwszym tomie spodziewałam się nadnaturalnego kryminału, po drugim – nadnaturalnej obyczajówki. Po trzecim spodziewam się już wszystkiego. Jadowska konsekwentnie kreuje świat, w którym znana nam rzeczywistość przenika się z magicznymi realiami, gdzie na wsi duszki fruwają między pasącymi się na polu krowami, a gdzieś tam u góry jest wejście do samych niebios.
Jeżeli jednak miałabym wskazać najmocniejszą stronę w tym kawałku dobrej prozy (dobrej? Znakomitej!), to nie jest to wprawnie nakreślony świat (Thorn/Toruń w „Złodzieju dusz”, Trójprzymierze/Trójmiasto w „Bogowie muszą być szaleni”, wioska babci Dory w „Zwycięzca bierze wszystko”) ani język (o którym pisałam już przy okazji recenzji pierwszego tomu), ale bohaterowie. Te postaci kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza: i nieśmiałego anioła Joshuę, który chciałby, ale się boi, i bezczelnego diabła Mirona, którego pokonuje siła miłości, i pyskatą Dorę o złotym sercu. Gdyby Aneta Jadowska publikowała na blogu, niejeden pewnie posądziłby ją o marysuizm, czyli stworzenie postaci idealnej, obładowanej niezwykłymi mocami i wybitną nawet w nadnaturalnym świecie. Nie sztuką jest stworzyć bohatera idealnie przeciętnego. Sztuką jest stworzyć bohatera, który będzie niezwykły (o niezwykłych ciekawiej się czyta, czyż nie?), i uczynić to w sposób wiarygodny. Dora Wilk nie dostaje supermocy na ładne oczy, a każda nowo odkryta gałąź w jej drzewie genealogicznym to jednocześnie błogosławieństwo i przekleństwo. Bohaterka nie zawsze radzi sobie z własnymi lękami i sama byłaby zdana na porażkę. Na szczęście mimo dość opryskliwego na pierwszy rzut oka charakteru potrafi sobie zjednywać ludzi i nieludzi. Dora nie jest niezwykła, bo autorce się tak zachciało. Jest niezwykła, bo zdaje sobie sprawę z własnych ograniczeń i nie udaje kogoś, kim nie jest. Ale byłoby krzywdzącym dla innych bohaterów, skupiać się tylko na czołowym triumwiracie. Mnie najbardziej urzekła kreacja Baala, dawnego bóstwa, księcia demonów, przed wzywaniem którego nawet Lucyfer ma opory. Baal ma słabość do Dory, ale znów – nie dlatego, że autorce się tak chciało, tylko ze względu na desperackie pragnienie bohaterki, by w każdym szukać dobrej cząstki. „Zło dobrem zwyciężaj” – takie motto można by umieścić na okładce powieści, bowiem Dora Wilk nie zwycięża przeciwników dzięki jakiejś niesamowitej sile czy technice uderzenia (chociaż w walce sprawdza się całkiem nieźle), lecz dzięki pomocy sojuszników. Tych zaś zyskuje sobie miłością. Jadowska pokazuje, że nawet w najgorszym demonie drzemie cząstka dobra, którą po prostu trzeba obudzić. W jej świecie nic nie jest czarno-białe. I może ta władająca Dorą miłość do wszystkiego raziłaby czytelnika, ale przecież panna Wilk odziedziczyła w genach magię płodności, czegóż więc innego się spodziewać?
Warto przeczytać. Warto zobaczyć, że magia i wiara wcale się nie wykluczają. Warto wzruszyć się nad losem Dory-niesuperbohaterki, zaśmiać się nad Baalem, który nie lubi swoich skarpetek i zadumać się nad zakończeniem. Jeżeli mogę zgłosić jedną pretensję, to tylko taką: dlaczego to się tak szybko czyta?!
Zmieniam zdanie. Nie czytajcie. Zaczekajcie, aż ukażą się wszystkie tomy i pochłońcie je jednym tchem. Oszczędzicie sobie nerwowego obgryzania paznokci w oczekiwaniu na dalszy przygody anielsko-diabelsko-wiedźmińskiego tercetu (czy może już kwartetu?).

Ocena: 10/10


Recenzja pierwotnie ukazała się na świętej pamięci "Konturach" w czasie, gdy owe były już podłączone do respiratora. Pomyślałam, że jak otwierać bloga, to kopniakiem z półobrotu.