Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 stycznia 2014

Droga do Justyny Kowalczyk - Daniel Ludwiński


Autor: Daniel Ludwiński
Tytuł: Droga do Justyny Kowalczyk. Historia biegów narciarskich
Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 313
Okładka: miękka
Rok wydania: 2014












            Daniela Ludwińskiego kojarzę przede wszystkim z „Tygodnika Żużlowego” i ogółem z pisania o żużlu. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że drugą pasją toruńskiego dziennikarza są sporty zimowe. Ludwiński, który nie ma w sobie nic z dziennikarza-celebryty, ale sporo z dobrego, porządnego dziennikarza w starym stylu, nie mógł wybrać lepszego momentu na ukoronowanie miłości do biegów narciarskich książką o ich historii. W przededniu Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi, wobec narastającej jak co roku kowalczykomanii, po historię dyscypliny sięgnie nie tylko zapalony kibic biegów. A czego dowie się z obszernej publikacji?
            Zacznijmy jednak od początku, czyli od okładki, po której książki się ponoć nie ocenia, ale która jest książki wizytówką. Od strony graficznej dzieło przedstawia się zacnie: skromnie i z klasą. Okładka nawiązuje bezpośrednio do tytułu – jest na niej i Justyna Kowalczyk, i historia biegów narciarskich. Grafika przyciąga spojrzenie, opis z tyłu okładki zachęca. Tylko jedna łyżka dziegciu znalazła się w tej beczce miodu: „Czy Justyna Kowalczyk jest najwybitniejszą zawodniczką w historii narciarstwa biegowego? A może to jednak astmatyczka [podkr. moje] Marit Bjørgen czy Jelena Välbe w słynnej różowej czapeczce? (…)” Myślę, że sprowadzenie utytułowanej Norweżki do astmy jest dość podłym chwytem marketingowym, zwłaszcza że sam autor przyznaje, że afera z lekami na astmę została przez media rozdmuchana. To drobnostka, ale drobnostka, która nieładnie wygląda na tle naprawdę dobrej całości.
            W środku książka prezentuje się lepiej niż na zewnątrz. Nie jest to pełen statystyk i suchych informacji przegląd mistrzów świata i mistrzów olimpijskich, spis nowinek wprowadzanych do biegów czy afer dopingowych, jakie zdarzały się na przestrzeni lat. Ludwiński koncentruje się na wyrazistych postaciach wybitnych zawodników, opowiada o ich życiu na trasie i poza nią. Wbrew temu, co napisano w spisie treści, książkę można podzielić nie na dwie, a na trzy części: multimedaliści z zagranicy są uszeregowani chronologicznie, lecz z podziałem na płcie. Najpierw czytelnik ma okazję poznać sylwetki najznamienitszych biegaczy, od Velego Saarinena aż do… Pettera Northuga. To barwna opowieść o rekordach, walce do ostatnich metrów, walce z samym sobą i z przeciwnościami losu. Można dowiedzieć się nie tylko, ile medali zdobyli starzy mistrzowie, ale też czym zajmowali się lub zajmują po zakończeniu kariery, jak potoczyło się ich życie osobiste. Starszego kibica z pewnością zainteresuje, jak dziś powodzi się Władimirowi Smirnowowi czy Bjørnowi Dӕhlie, młodszy dowie się więcej o tych kultowych już postaciach narciarskiego świata. A niekibic? A niekibic przekona się, że biegi narciarskie wcale nie są nudne, a już tym bardziej nie zaczęły się od Justyny Kowalczyk!
            Druga część pierwszej części poświęcona jest wybitnym zawodniczkom. Z oczywistych względów jest dużo krótsza niż pierwsza, chociaż jak zaznacza Ludwiński, biegi kobiece mają de facto równie długą historię co biegi męskie. Kiedy zaczęły się seryjne sukcesy norweskich biegaczek? Po czym można było poznać na trasie Jelenę Välbe? Jaki jest naturalny kolor włosów Marit Bjørgen? Ciekawostki serwowane przez Ludwińskiego ubarwiają historię o medalach i wielkich porażkach, a u niejednego kibica wywołają na twarzy rozrzewniony uśmiech.
            Każdego sportowego patriotę najbardziej ucieszy część zatytułowana „Biegi biało-czerwone”. Kto myśli, że polskie biegi to tylko Józef Łuszczek i Justyna Kowalczyk, jest w wielkim błędzie, a Ludwiński udowadnia ten błąd na każdej stronie. Stefania Biegun zwana Funią, siostry Majerczyk z Poronina, Tadeusz Kwapień i Józef Rysula – nawet wśród fanów biegów nie każdy dotąd znał te nazwiska. A teraz? Autor „Drogi do Justyny Kowalczyk” pokazuje, jak fascynującą drogę przebyli polscy biegacze i biegaczki. zanim nastały czasy Pucharu Świata na Polanie Jakuszyckiej i medali na każdej większej imprezie. Wszystko to czyni lekko i przyjemnie, naturalnym językiem i w sposób tak ciekawy, że całość czyta się jak najlepszą sagę rodzinną. W końcu środowisko biegowe to w pewnym sensie wielka rodzina.
            Bardzo spodobał mi się pomysł przedzielania rozdziałów krótszymi opowiastkami o najciekawszych momentach w historii biegów i zawodnikach, którzy nie zapisali się w niej medalami, a niezwykłymi wyczynami, jak Gjoko Dineski z Macedonii, na którego w Holmenkollen czekał sam król. Nie po raz pierwszy tego typu rozwiązanie pojawia się w książkach wydanych przez SQN i za każdym razem okazuje się to dobrym pomysłem.
            Całość prezentuje się nader korzystnie. Ludwiński ma nie tylko olbrzymią wiedzę, ale też dobre pióro, dzięki któremu nie czytamy historycznego opracowania, a opowieść o tym, jak się kiedyś biegało na nartach i jak biega się dziś. Wartki tok narracji stanowi olbrzymią zaletę publikacji. Zdarzają się zdania sformułowane nie najfortunniej czy drobne potknięcia techniczne (szczerze rozbawiła mnie literówka: „głody zawodnik”, bodaj jedyna, jaką wypatrzyłam w całej publikacji), ale stanowią zaledwie drobną część całości, a wspominam o nich jedynie dlatego, że książka jest o krok od ideału. Nie dopatrzyłam się potknięć merytorycznych, chociaż nie wykluczam, że gdzieś w całej książce może się zdarzyć pojedyncza pomyłka w czasie któregoś zawodnika albo w pozycji dalej sklasyfikowanego biegacza – ale podobne pomyłki nie zdarzają się chyba jedynie w oficjalnych dokumentach FIS-u. Jedyne, czego mi od strony merytorycznej brakowało, to włączenie do galerii postaci z historii biegów Johanna Mühlegga. Rozumiem, dlaczego go nie ma – nie zasłużył, ani zachowaniem, ani rezultatami sprzed afery dopingowej w Salt Lake City. Myślę jednak, że posłużyłby jako przykład biegowego antybohatera pośród bohaterów, którzy nawet w obliczu skandali z używaniem zabronionych środków sprawiają wrażenie „czystszych” niż reszta sportowego świata. Każda dyscyplina ma swoje czarne momenty, dla biegów takim momentem był Mühlegg i brak jakiejkolwiek wzmianki o nim nieco mnie kłuje w oczy. Jestem natomiast pozytywnie zaskoczona obecnością Northuga, którego większość polskiego światka biegów woli traktować, jakby nie istniał. A już to, że obecność Northuga nie sprowadza się do wspomnienia o „Diesel Doris” (ba, „Diesel Doris” w książce w ogóle nie ma!) to dowód obiektywnego, zdystansowanego spojrzenia autora. Cieszę się też, że biografia Justyny Kowalczyk nie zdominowała publikacji. Nasza mistrzyni nie dostała od Ludwińskiego forów i przypadł jej w udziale rozdział o standardowej objętości – co po raz kolejny pokazuje, jak rzetelnie i obiektywnie Ludwiński podszedł do swojej pracy.
            Zadaniem Ludwińskiego nie było pisanie o Kowalczyk, a o biegach. Wywiązał się z tego na piątkę, a nawet piątkę z plusem. Kto lubi sport i to sport od strony zakulisowej, bez czystych statystyk, temu z pewnością przypadnie do gustu książka poświęcona dyscyplinie święcącej triumfy w ośnieżonej Polsce. Obowiązkowa pozycja na półce każdego zimowego kibica!

Ocena: 8/10

środa, 20 listopada 2013

Subiektywny Przegląd Piosenek Kibica 2/2

I lecimy dalej, z lekkim poślizgiem z uwagi na mój tęczowy kaszel i ogólną średnią zdolność do pracy.

6. Hermes House Band - Hit the Road Jack
 Ziemo wspominał o tym utworze i jego roli na parkietach NBA. Mnie cała twórczość HHB kojarzy się jednak przede wszystkim ze świetną zabawą na stadionie czy pod skocznią. Holenderska grupa słynie z przeróbek kultowych hitów (m.in. "Live is life", "I Will Survive"...) na potrzeby masowych imprez na świeżym powietrzu.

5. Stauros - Jaki tu spokój
Wystarczy, że usłyszysz: "Jaki tu spokój, na na na na", i już wiesz - spokoju z pewnością nie będzie. Przez długie sezony największy hit meczów żużlowych na toruńskim stadionie - najpierw na Broniewskiego, potem na Motoarenie. Od jakiegoś czasu nie słyszę tej piosenki w ogóle, a szkoda: jest polska, swojska i każdy kibic umie ją odśpiewać :)

4. Il Divo & Celine Dion - I Believe In You / Je Crois En Toi
Kiedy pytają mnie: "co to tu robi?", odpowiadam - "Jest. I nie tańczy". Mam słabość do "I Believe In You", słucham tej piosenki namiętnie przed każdą ważniejszą imprezą sportową. Wybrałam duet Il Divo i Celine Dion do przeglądu jako reprezentanta niesamowitej płyty "The Voices of FIFA World Cup 2006", choć na ucho szepnę, że "Zeit. Dass sich was dreht" Herberta Groenemeyera (oficjalny hymn mundialu 2006, znany też jako "Celebrate The Day") stoi w mojej klasyfikacji równie wysoko.

3. Shakira - Waka Waka
"Waka waka" - przebój ostatniego mundialu (chociaż przebiły go wuwuzele) i hit wakacji 2010 - i dziś podrywa do tańca. I co z tego, że niewielu kibiców umie zaśpiewać coś więcej niż "waka waka eeee"? Tekst "Macareny" też mało kto zna. Futbolowa Shakira, taneczny kawałek i wspomnienie gorącego mundialu (pamiętacie te afrykańskie upały, które podówczas dosięgły i Polskę) - czegóż chcieć więcej?

2. Zuzanna Szreder - Biało-czerwoni
Szukając tej piosenki na Youtubie, znalazłam nagrania z meczów żużlowych, piłki ręcznej, siatkówki... Sama z Zuzanną Szreder (i to na żywo) zetknęłam się po raz pierwszy na Grand Prix we Wrocławiu w 2006 roku, a że była to moja pierwsza w życiu Grand Prix, pozostał sentyment do piosenki, co tu kryć, patriotycznej (odnośnie sportowego patriotyzmu patrz: poprzednia część zestawienia i Marek Torzewski z "Do przodu, Polsko"). Ktoś mi ostatnio mówił, że Zuzanna wyje - ale to wycie jest ładne, polskie i z dobrym tekstem, więc dlaczego nie?

and the winner is...

1. Piersi - Bałkanica
Na moim prywatnym szczycie - polski akcent! Hit tegorocznych wakacji i minionego sezonu żużlowego. Nigdy nie zapomnę szalonego teledysku do "Bałkanicy" podczas Grand Prix Słowenii w Krsko, teledysku, który podsumowywał bałkańskie rundy elitarnego cyklu. "Bałkanica" królowała i w Polsce - na finałowej Grand Prix w Toruniu rozbrzmiała trzykrotnie i za każdym razem tysiące kibiców zdzierało sobie gardła, śpiewając: "Będzie, będzie zabawa, będzie się działo i znowu nocy będzie mało". Piersi, czy się to komuś podoba, czy nie, zrobiły gigantyczny hit i mam nadzieję, że sportowa kariera "Bałkanicy" nie zakończy się wraz z ostatnimi akordami tego roku.

A jakie są Wasze ulubione kibicowskie kawałki? Dzielcie się (i mnóżcie) w komentarzach :)

PS: Dodatek do Subiektywnego Przeglądu sprzed tygodnia, czyli piosenka, o której zapomniałam w natłoku zajęć wszelakich:
Bez miejsca. Lyube - Futboł (Футбол)

 

niedziela, 10 listopada 2013

Subiektywny Przegląd Piosenek Sportowych 2/2

Zgodnie z obietnicą, kontynuuję listę - tym razem piosenki sportowe, które absolutnie zawładnęły moim sercem.

6. Gisela - Cant del Barca
We wczorajszej części zestawienia wspominałam, że hymnów klubów nie będzie - z jednym małym wyjątkiem. Oto wyjątek. Balladowa wersja "Cant del Barca" w wykonaniu Giseli (tak, tej, która na Eurowizji 2008 reprezentowała Andorę z piosenką "Casanova") zaciera granice między hymnem klubu a piosenką sportową. A skoro w zestawieniu była już laurka wystawiona przez toruńską kapelę Manchesterowi United, to trudno, aby zabrakło utworu poświęconego jedynemu klubowi, dla którego jestem w stanie oglądać kopaną nie na poziomie Mistrzostw Świata/Europy. 

5. Oliver Pocher - Schwarz und Weiss
 Od mundialu w Niemczech minęło ponad siedem lat, a ja nadal żałuję, że Polacy nie potrafią się tak zaangażować w muzyczną oprawę piłkarskiego widowiska. Na okazję mistrzostw świata u naszych zachodnich sąsiadów powstała cała masa utworów poświęconych futbolowi - właściwie kto żyw, ten w te pędy pisał coś o kopaniu kawałka skóry i dwudziestu facetach biegających za piłką*. Wybrałam Olivera Pochera, do którego mam sentyment jako do świetnego prezentera Vivy i który jak na prezentera naprawdę dobrze śpiewa!
*bramkarze z reguły nie biegają :)

4. D: Projekt feat. Arlette - Racing On The Edge

Jeżeli ktoś oglądał bobsleje w przedolimpijskim sezonie 2004/2005, musi, po prostu musi kojarzyć tę piosenkę. Poprzedniczka "Heat On Ice" w roli hymnu rozgrywek o Puchar Świata. Na Youtubie widziałam komentarze, że nie ma tego powera co "Heat On Ice" i w ogóle jakaś nijaka jest. Nie zgadzam się! Ma swoją moc, tylko szkoda, że nie sposób ją znaleźć w Internecie w dobrej jakości. 

3. Magnus Hestegrei - Barneskirenn
Nie mogło zabraknąć Magnusa Hestegreia i teledysku, który nieodmiennie wywołuje mój uśmiech. Utwór z zeszłego roku, napisany na okazję Mistrzostw Świata w Narciarstwie Klasycznym w Val di Fiemme, w warstwie tekstowej składa się w dużej mierze z bon motów Pettera Northuga. "Barneskirenn" zalicza się do tych piosenek, których nie da się po prostu słuchać, bowiem teledysk uzupełnia niedopowiedzenia w tekście i całość zyskuje głębię :)

2. Michael Kleitman - Stand Up (For The Champion)
Z całej masy wersji "Stand Up (For The Champion)" (sama swego czasu pisałam własną) ta od lat mnie wzrusza i urzeka. Po raz kolejny Niemcy stworzyli muzyczną oprawę sportowego wydarzenia - w tym wypadku odejścia na sportową emeryturę niesamowitego Michaela Schumachera. Słowa "no one can ever take your place" znakomicie oddają charakter całej piosenki i wzruszają nawet mnie, Formułą 1 interesującą się o tyle, o ile. 
And the winner is... 

1.  "А годы идут" (A gody idut)
Nie mogło być inaczej. Niemcy mają swoje zasługi, ale to Rosjanom z Togliatti należą się ukłony do samej ziemi za napisanie przepięknego żużlowego hymnu. W przeciwieństwie do utworu "Spidwiej" z poprzedniej części zestawienia, "A gody idut" jest w całości poświęcone żużlowi w Togliatti, ale to nie zmienia faktu, że rockowa ballada to kawał dobrej roboty - i muzycznie, i kibicowsko. A teraz, kiedy wokół sportu żużlowego dzieje się tyle niedobrych rzeczy, sobie na otuchę lubię nucić fragment tej piosenki: "Спидвей должен жить и мы должны верить..." (w tłumaczeniu: "Żużel musi żyć, a my musimy wierzyć") 

Wiem, że dużo osób to czyta (statystyki nie kłamią), a komentować nie ma komu :) Do roboty! Podrzućcie parę fajnych piosenek sportowych. 

A za tydzień Subiektywny Przegląd Śpiewnika Kibica.

sobota, 9 listopada 2013

Subiektywny przegląd piosenek sportowych 1/2

Już baron de Coubertin wiedział, że sport stanowi (niewyczerpane) źródło inspiracji. Świadczy o tym piękna, a zapomniana już tradycja Olimpijskich Konkursów Sztuki, w ramach których artyści przedstawiali swoje projekty związane ze sportem w kilku kategoriach: architektura, literatura, muzyka, malarstwo/grafika i rzeźba. Właśnie, muzyka. O muzyce dziś chciałam, w końcu pod wpływem sportowych emocji powstała niejedna kompozycja. Mam w odtwarzaczu specjalny folder z piosenkami dotyczącymi wyłącznie sportu i część z nich chciałabym Wam przedstawić w ramach dowodu na to, że sport może pobudzać inne dziedziny życia :)

Przegląd jest subiektywny i dotyczy kilku ostatnich lat. Brałam pod uwagę piosenki, które pamiętam, kojarzę i które bądź to traktują o sporcie, bądź to stały się hymnami swoich dyscyplin. Oczywiście, darowałam sobie (poza jednym małym wyjątkiem, ale o tym w drugiej części przeglądu) hymny klubów. 
Jeżeli znacie ciekawe piosenki o sporcie, jakimkolwiek sporcie i w jakimkolwiek języku, podrzućcie w komentarzu link. Zachęcam do udziału w zabawie i tworzenia własnych przeglądów piosenek sportowych oraz kibicowskich. 

(Kolejność odwrotna do mojej sympatii do danych utworów ;))

12. "Heat On Ice"
 
Zaczynamy hymnem Pucharu Świata w skeletonie i bobslejach od sezonu 2005/2006 (lub 2006/2007, moja pamięć niestety szwankuje). Wprawdzie nigdy nie szalałam za tymi dyscyplinami, ale kiedy zimą miałam Eurosport włączony od rana do wieczora,jednym okiem spoglądałam i na bobsleje. Jednak bardziej od samych zawodów i nazwisk zawodników (pamiętam Armina Zoeggelera i niejakiego Demczenkę, była też Maya Pedersen ze Szwajcarii - na tym koniec) zafascynował mnie pomysł hymnu zawodów Pucharu Świata. "Heat On Ice" świetnie oddaje charakter dyscypliny - zderzenie lodu tras z ognistą prędkością. 

11. "Azzurro"
Piosenka z dedykacją dla niesamowitej italomaniaczki, Em.To ona pokazała mi przeuroczy utwór, który wykonują włoscy piłkarze. Wprawdzie trudno tu mówić o walorach wokalnych, ale sam pomysł uważam za absolutnie słodki, a wykonanie jest rozbrajające. Jeżeli sport Was wkurzył, ulubiona drużyna przegrała i w ogóle złamała kibicowskie serce, ta piosenka będzie jak znalazł. O ile, rzecz jasna, ulubiona drużyna nie przegrała ze Squadrą Azzurrą. 

10. Hermes House Band - Football Is Coming Home
Hermes House Band to zespół, którego piosenki kojarzą mi się przede wszystkim z dobrą zabawą na stadionach. Ich wersje "Live is life" czy "Que sera" słychać bardzo często na meczach żużlowych i na skoczniach narciarskich. Ale miało być stricte sportowo, więc wybrałam utwór wedle fanów zespołu słabszy, ale za to stuprocentowo futbolowy.

9. Jumper's Knee - Vikinger og verdensmestere
Niestety, z jakiegoś powodu nie mogę wstawić filmu, a jedynie link, ale to i tak cud, że po blisko ośmiu latach tę piosenkę nadal da się znaleźć w Internecie. Utwór poświęcony ówczesnej norweskiej drużynie skoczków narciarskich (pada nawet nazwisko mojego absolutnego idola, bez którego skoki już nigdy nie będą takie same), pochodzi z czasów całkowitej norweskiej dominacji w Mistrzostwach Świata w Lotach Narciarskich. 
8.  Manchester - Man United
Nie mogło zabraknąć polskiego, ba!, toruńskiego akcentu w postaci grupy Manchester. Ta piosenka zasługuje na miejsce w Subiektywnym Przeglądzie już za sam tytuł :), a także za to, że pochodzi z czasów wczesnej, radosnej i nie tak mocno komercyjnej twórczości zespołu. Gdyby tylko hymn Unibaxu Toruń skomponowali w podobnym duchu...
7. Спидвей (Spidwiej)
A oto kolejny hymn dyscypliny, i to nie byle jakiej - żużlowy hymn prosto z Rosji. Stworzona przez fanów klubu Mega-Łada Togliatti,piosenka opowiada o pięknie sportu żużlowego, o prędkości i adrenalinie, o walce do samego końca. Jedyne, co może zadziwić kogokolwiek, kto zna mnie i moją miłość (do żużla i do Rosji), to dlaczego dopiero siódme miejsce?

Ale o tym już jutro w drugiej części Subiektywnego Przeglądu :)